• Tatry Wysokie
  • Tatry Zachodnie
  • Tatry Słowackie

Na Orlą Perć Zachodnich Tatr. Relacja z wyprawy

Kategoria: Ogólne

W pierwszy weekend sierpnia udaliśmy się na wycieczkę po majestatycznych i bardzo malowniczych Tatrach Zachodnich – zarówno słowackich, jak i polskich. Długi dystans, trochę przygód, do tego znany każdemu turyście głód, trudności na szlaku, czy deszcz – to wszystko towarzyszyło mnie i mojej koleżance, przez trzy długie dni. Zacznijmy jednak wszystko od samego początku.

W pierwszy czwartek sierpnia przebyliśmy ponad 300 kilometrów autobusami (wyjechaliśmy chwilę po północy) po to, by wyruszyć z samego rana. W Zakopanym zameldowaliśmy się koło szóstej rano i od razu pobiegliśmy do busika jadącego na Polanę Chochołowską. Od razu świetny klimat, nowe-stare widoki i głód gór. Wielki głód gór i ... taki normalny. Trzeba było przysiąść i coś zjeść. Po około dwóch godzinach wędrówki bez przystanku w schronisku PTTK ruszyliśmy na Grzesia. Grześ – jedna z nielicznych gór, których osobiście nie lubię, ale jednocześnie kocham tam wychodzić. Zrobiliśmy tam dłuższy postój w promieniach słońca wraz z chłopkami zza granicy, a konkretniej z Czech.

Po około pół godzinie ruszyliśmy dalej, a naszym kolejnym celem była Smutna Przełęcz. Ten odcinek był najdłuższym zaplanowanym na dzień pierwszy. Prawie sześć godzin marszu, lecz przy tamtejszych warunkach czasu nawet się nie odczuwało. Mimo faktu, że cały poprzedni dzień był nieprzespany, a za nami było już ponad trzy godziny marszu to szło się z minuty na minutę coraz lepiej. Krótki postój przy strumyku, uzupełnienie płynów, kolejny posiłek i można iść dalej.
Kiedy przeszliśmy przez Tatliakovą Chatę zaczęły się pojawiać ciemniejsze chmury. Problemem była perspektywa dalszego około sześciogodzinnego marszu – naszym celem była Żiarska Chata o podnóży potężnego słowackiego Banikova. 

Na szczęście podczas wędrówki chmury tylko nas straszyły, a po wyjście na przełęcz trochę poniżej 2000 metrów już wiedzieliśmy, że spokojnie dojdziemy do celu, bez żadnych problemów związanych z pogodą. Jedynym niepokojem mogła być kondycja, na którą zawsze trzeba narzekać pierwszego dnia. Inaczej wyjazd mógłby się nie udać! Oczywiście tego typu ironiczne stwierdzenia towarzyszące w górach potrafią urozmaicić wyprawę, nigdy przeciwnie. Jednak, aby nie przedłużać kolejne ponad dwie godziny przeszliśmy w ciszy – koleżanka szła sprawniej, natomiast ja rozkoszowałem się najwspanialszymi widokami z możliwych – widokami naszych ukochanych gór. Koniec końców – po ponad 11 godzinach marszu doszliśmy, zjedliśmy przepyszne słowackie pierogi ze śmietaną, odczekaliśmy swoją chwilę przy ladzie i dostaliśmy dwa łóżka w szopie. Jak to w górach – w szopie albo na „glebie" najlepiej – tak było i tym razem. Dostaliśmy dwa miejsca w szopie, gdzie jak się okazało – spaliśmy razem z jednym gościem, okazał się bardzo fajną osobą. Rozmawialiśmy ponad dwie godziny jeśli dobrze pamiętam, po czym wymieniliśmy się numerami i poszliśmy spać.

Dzień później plan był prosty – Żiarska Chata – Banikov – Rohacze – Wołowiec – Schronisko na Polanie Chochołowskiej. Plan bardzo ambitny – same mapy wskazywały prawie dziesięć godzin, my zakładaliśmy nawet dwanaście. W związku z tym pobudkę mieliśmy o 4 rano, szybkie śniadanko i lecimy. Początkowo widoków nie było żadnych, no prawie żadnych. Serdecznie teraz także tego kolegę pozdrawiam.

Tak wyglądała droga pod szczytem Banikova – mgliście, chłodno, ale ... cudownie. Tak jak można by sobie wymarzyć. Po zameldowaniu się na najwyższym szczycie tej wycieczki nie zwlekaliśmy i ruszyliśmy w stronę Smutnej Przełęczy – wiatr był zbyt mocny, aby można było cokolwiek zjeść czy nawet spokojnie zdjęcie zrobić. Na szczęście już po godzinie marszu pogoda zaczęła się robić coraz to łaskawsza i przesłaniać piękno Tatr.

Po około pięciu godzinach wędrówki zameldowaliśmy się na szczytach zwanych Trzema Kopami, a także Hrubą Kopą – zwaną inaczej Basztą. Podejście na te szczyty były dość wymagające – koleżanka miała nawet wątpliwości i zrezygnowaliśmy z jednej z „Trzech Kop", żeby nie kusić losu. Kiedy jednak już stanęliśmy na Baszcie jedno było pewne – trzeba odpocząć, zjeść porządne śniadanie (była jakoś tak 9 rano) oraz zrobić pamiątkowe zdjęcie z ... butami.

Zdjęcie z widokiem na główny punkt całego wyjazdu – Rohacze. Pierwszy z nich to ten wyższy, ale i prostszy – Płaczliwy, a za nim Ostry, ten, nad którym króluje dalej Rohacki Koń uważany za część Orlej Perci Tatr Zachodnich. Czy słusznie? My przekonaliśmy się o tym parę godzin później. Następnie wyruszyliśmy w kierunku wcześniej odwiedzonej Smutnej Przełęczy, gdzie przy zejściu mieliśmy ciekawą historię – koleżanka przy schodzeniu w jej kierunku przypadkiem zawadziła i ... utraciła swój śpiwór. Na szczęście widzieliśmy gdzie poleciał, a było to naprawdę ciekawe widowisko jak się odbijał od kamyczków i zdecydowaliśmy się po niego podejść – turyści schodzący widzieli jak spadał i okazało się, że było bardzo blisko – jakieś parę metrów – szlaku. Odetchnęliśmy z ulgą i wróciliśmy na Przełęcz by odpocząć. Jako, że było wcześnie popołudniu, ale zaczęły się zbierać chmury – zaczęliśmy dyskutować, czy iść Rohaczami, czy iść dołem. Stanęło na tym, że idziemy górą – najwyżej skręcimy między Rohaczami na stronę słowacką. Na szczęście nie było takiej potrzeby, a widoki były nieziemskie i naprawdę niezapomniane.

Najlepsze uczucie jest wtedy, gdy patrzy się do tyłu i próbuje sobie wyobrazić jaki kawał drogi się przeszło – a tak naprawdę nie jest to długi dystans – tylko parę kilometrów.

Po przejściu Rohacza Płaczliwego idąc w kierunku Rohacza Ostrego  spotkałem jednak pewnego pana. Ów pan przyciągnął moją uwagę samym sobą, bowiem nie należał do najmłodszych. Jako, że jestem bardzo ciekawski zagadnąłem go, a to, co powiedział stwierdziło, że nabrałem jeszcze więcej szacunku do ludzi. Pan powiedział, że idzie tutaj w swoje siedemdziesiąte urodziny i na rocznicę, gdyż był to jego pierwszy szczyt w Tatrach – dokładnie pięćdziesiąt lat temu. Takich historii nie czyta się codziennie, a mimo to naprawdę sprawiło to, że zajrzałem w głąb samego siebie. Krótka refleksja, ukłon w Jego stronę, lecz trzeba ruszać dalej – cel – Rohacz Ostry.


W to, że Rohacze są uznawane za Orlą Perć Tatr Zachodnich (wiadomo, że ciągnie się do dalej aż za Banikov) uwierzyłem dopiero po przejściu Rohackiego konia, gdzie i mi noga zadrżała. Do najlżejszych ludzi nie należę, a wizja zerwania się łańcucha (nigdy im nie ufam i używam najmniej jak tylko to możliwe) nie była zbyt przychylna. Koniec końców jednak musiałem się przełamać i dałem radę. Następnie asekurowałem partnerkę tak, by ona mogła zejść bez żadnych problemów.

Później już zejście – razem z przyjaciółmi.

W końcu ktoś musi pilnować swoich włości by te przysłowiowe „człowieki" nie zapędzały się na nie swoje szlaki. Zejście do schroniska PTTK na Polanie Chochołowskiej z Wołowca zajęło około trzech godzin, po czym zabrałem się za obfite jedzenie tego, co im jeszcze zostało.
Dnia trzeciego z rana przywitała nas chłodna, senna i chętna do oparów aura. Nasz plan był jednak dość ambitny – przejść Starorobociański Wierch i wrócić na Polanę Chochołowską w niecałe siedem godzin – dystans prawie olimpijski. Wyszliśmy ze schroniska około 6 rano – o 17 był autobus powrotny do Krakowa, więc mieliśmy maksymalnie dwie godziny zapasu – nie było czasu do stracenia. Wyruszyszy lekko się rozdzieliliśmy – koleżanka pognała do przodu, ja się trochę wlokłem, gdyż miałem pewnego rodzaju problem, ale cały nasz problem polegał na tym, iż zaczynało kropić i widoczność była zerowa.

Po dotarciu na Kończysty Wierch zastaliśmy takie oto widoki:

W tym samym momencie zaczęło jednak padać, więc zdecydowaliśmy się zawrócić. Osoba mi towarzysząca nie była zbyt zadowolona, lecz jako, iż czułem się odpowiedzialny za naszą dwójkę postawiłem sprawę jasno i ruszyliśmy przez Trzydniowiański z powrotem w kierunku Chochołowskiej Polany. Po drodze się bardzo rozpadało, jeszcze przed trasą z parkingu do schroniska zaczął nam doskwierać chłód deszczu, choć rzeczy jeszcze nam nie przemokły... Dobrze powiedziane – jeszcze, gdyż zaraz potem zaczęło dosłownie lać i nawet kurtka przeciwdeszczowa, spodnie przeciwdeszczowe, kapota i kapota na plecak nie dały rady i w końcu zaczęło wszystko nam przemakać. Koniec końców przemoknięci – wędrowaliśmy w deszczu prawie 4 godziny – dotarliśmy do busika na Polanie Chochołowskiej, gdzie notabene spotkaliśmy naszego nowego przyjaciela z Żiarskiej Stodoły (można by to nazwać).

Pomijając wszystkie niedogodności i problemy związane z – jak wspomniałem na początku – brakiem jedzenia, deszczem, bolesnymi nogami czy zmęczeniem każdy wyjazd w góry, a dla mnie szczególnie w Tatry to niesamowite przeżycie i coraz to większe pragnienie powrotu w te tereny. Na pewno już niedługo spotkamy się znowu.

Relacje nadesłał: Maciej Bęś


Dodał: Marcin Ignatowicz
2016-11-29 01:00
Wyświetlenia: 99017

Ostatnie komentarze

  • Marczesko, 2017-03-15 12:27
    Wyprawa do Doliny 5 Stawów. Zobacz ak...

    Pięknie!...

    Więcej
  • Monika, 2017-03-15 12:26
    Sielanka na Kasprowym Wierchu. Zobacz...

    Brawo Witek! Musiałeś poświęcić masę czasu na ten cudny timelapse! Ale było warto, wyszło świetnie :)...

    Więcej
  • Rafał G., 2017-03-15 12:25
    Poczuj klimat i uroki Doliny Białego....

    Byłem, widziałem, polecam :)...

    Więcej

Ostrzeżenia